Pierwszy pocałunek, niespełniona, szkolna miłość, czy dzień ślubu. To niezwykłe wspomnienia przeciętnego, polskiego trzydziestolatka. Ale oni mają też inne: pierwsza reanimacja pacjenta i twarz tego, który jako pierwszy umarł na ich dyżurze. Te obrazy noszą w sobie przez całe życie. Młodzi lekarze, bo o nich mowa, wykonują jeden z najtrudniejszych zawodów świata. Praktycznie codziennie zaglądają śmierci w oczy, muszą też mierzyć się z morderczymi warunkami, w jakich przychodzi im dziś pracować. O kulisach polskiej ochrony zdrowia opowiada lekarz Arkadiusz Darocha.

Czy jestem zmęczony? Oczywiście.

Czy znajduję czas na rozmowy z pacjentami? Staram się.

Czy mam jeszcze siłę na bycie cierpliwym i wyrozumiałym? Nie zawsze.

 

- Był taki moment w moim życiu, gdy pracowałem nawet 500 godzin w miesiącu, czyli na życie prywatne i odpoczynek zostawało mi niespełna 250 godzin. Te liczby robią wrażenie, zwłaszcza gdy pomyślimy sobie, że moi rówieśnicy z innych branż pracują w miesiącu 160 godzin… – opowiada Arkadiusz Darocha. – W pierwszych latach specjalizacji pracowałem na etacie w szpitalu i otrzymywałem wynagrodzenie w wysokości 2500 zł brutto. Miałem już wtedy rodzinę i, jak nietrudno się domyślić, pensja nie wystarczała na jej utrzymanie, więc brałem mnóstwo dyżurów w nocnej pomocy lekarskiej – dodaje. Obecnie lekarz kończy już specjalizację i ograniczył liczbę dyżurów do maksymalnie dziesięciu w miesiącu, ale i tak ma wrażenie, że jego życie to głównie praca. W szpitalu i w przychodni. Do tej ostatniej, Arkadiusz Darocha najczęściej trafia po pracy w oddziale i całodobowym dyżurze w szpitalu. – Przychodzę do pracy w poniedziałek o 8 rano i wychodzę we wtorek o 18 – mówi.

 

Czy to zgodne z prawem? Tak. Bo w wielu przypadkach polscy lekarze są zatrudnieni na kontraktach lub podpisują klauzulę „opt out”, która pozwala pracować im dłużej od obowiązujących norm. Dlaczego? Polska od lat znajduje się w niechlubnej czołówce raportów tworzonych przez Komisję Europejską, Organizację Współpracy Gospodarczej i Rozwoju czy WHO. Raporty dotyczą liczebności polskiej kadry lekarskiej. W większości krajów Unii Europejskiej zwiększa się ona z roku na rok. W większości, ale nie u nas. W Polsce przypada zaledwie 2,3 lekarza na tysiąc pacjentów, to najmniej w całej Unii. Braki kadrowe sprawiają, że lekarze pracują ponad swoje siły i często zbyt wcześnie zostają obarczani całkowitą odpowiedzialnością za pacjenta. Młodzi lekarze, którzy otrzymali już prawo do wykonywania zawodu i zaczynają swoją “przygodę” ze specjalizacją pod okiem doświadczonych przełożonych, rzucani są na głęboką wodę już w pierwszych dniach swojej pracy. Samodzielne, całodobowe dyżury, kilka dni po rozpoczęciu specjalizacji, to rzeczywistość większości szpitali powiatowych. I początek smutnych realiów odbiegających od ideałów wyniesionych z uniwersytetów medycznych.

Przeczytaj również: Co trzeci lekarz gotowy jest zmienić zawód!

- To była wigilia, starsza pacjentka przyjechała do szpitala karetką z migotaniem przedsionków. Były to początki mojej specjalizacji, jeden z pierwszych samodzielnych dyżurów. Stres, zmęczenie, poczucie odpowiedzialności za życie i zdrowie pacjenta. Jednym słowem mówiąc, poważna sprawa. Zrobiliśmy pacjentce EKG, które nie wskazywało zawału, oczekiwałem więc na wyniki badań krwi – wspomina Arkadiusz Darocha, lekarz w trakcie spec. z chorób wewnętrznych, pracujący na oddziale kardiologicznym szpitala w Wyszkowie. – Gdy przyszyły wyniki z laboratorium okazało się, że markery martwicy mięśnia sercowego były podwyższone (wynik ten wskazuje na zawał serca, przyp. Red.), dlatego pacjentka otrzymała leki, a ja zadzwoniłem do oddziału hemodynamiki szpitala w Warszawie. Podczas rozmowy u pacjentki nastąpiło NZK. Rzuciłem słuchawkę i przystąpiłem do natychmiastowej reanimacji. Pacjentka przeżyła. Minęło ponad pięć lat, a ja do dziś pamiętam jej twarz – dodaje. Dokładnie tak samo jest z pierwszym pacjentem, którego nie udało mu się uratować. – Jesteśmy oswojeni ze śmiercią, tak naprawdę musimy być – tłumaczy Darocha.

 

Nigdy nie da się przewidzieć, jak będzie wyglądał dyżur. Zdarza się, że reanimacje trwają od początku do końca pracy, a lekarz zamiast pójść się wyciszyć, zastanowić lub zwyczajnie odpocząć, udaje się do kolejnej pracy np. do przychodni. Jak mówi Arkadiusz Darocha najgorszy jest moment, gdy po wyczerpującej nocy w szpitalu, już od wejścia widzi czekającą na niego, ogromną stertę kart pacjentów. – Już to wyprowadza mnie z równowagi i powoduje, że jestem zdenerwowany. Jak potem się jeszcze okazuje, że przychodzi pacjent z nerwobólami twierdząc, że ma zawał lub problemy z sercem to naprawdę nietrudno wybuchnąć czy być niemiłym… - mówi Darocha. Z czasem zrozumiał, że pacjent nie ma tej samej wiedzy medycznej i nie jest w stanie ocenić, który ból może być zagrożeniem życia. Zauważył też, że negatywne emocje jeszcze bardziej go męczą i zabierają i tak mocno zużyte siły, dlatego stara się mimo wszystko nie denerwować na chorych, chociaż przyznaje, że doskonale rozumie swoich kolegów, którym się to nie udaje. – Niestety w naszym zawodzie nie da się uniknąć znieczulicy. Inaczej żaden i żadna z nas nie dałaby rady pracować jako lekarz – tłumaczy. – Jak jesteś na całodobowym dyżurze i przychodzi ktoś, kto od godziny ma katar, to i tak musisz go przyjąć. Badasz go i tłumaczysz, że z „godzinnym” katarem nie przychodzi się do szpitala, a z tyłu głowy myślisz, że to mógł być jedyny moment tej nocy na krótką drzemkę i po prostu jesteś wściekły. A potem słyszysz po kątach, że przecież lekarze nie powinni spać, tylko czuwać – dodaje.

 

 

Ile człowiek jest w stanie wytrzymać bez snu? Przeciętny około 12-14 godzin, przyzwyczajony do tego lekarz nawet całą dobę i więcej. Zmęczenie sprawia, że bywa m.in. rozdrażniony i w każdej wolnej chwili myśli o tym co zrobi, gdy wróci do domu, ale w sytuacji zagrożenia życia działa wręcz automatycznie. Pod presją nawet najbardziej zmęczeni lekarze zapominają o nieprzespanych godzinach i bez cienia wątpliwości, co robić, ratują nam życie. – Taki tryb życia jest bardzo męczący, oczywiście, że chciałbym mniej pracować. Obecnie spędzam z dziećmi 6 godzin w tygodniu oprócz weekendów. Z żoną, która też jest lekarką, potrafimy nie widzieć się przez 4 dni. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie mam czasu, żeby mieć czas… Na zastanowienie się, jak coś zmienić i bardziej unormować moje lekarskie życie. Bo przecież można coś z tym zrobić, prawda…? – dodaje.

 

Dołącz do naszej społeczności na Facebooku: www.facebook.com/mojdyzur

 

Na mojdyzur.pl to lekarz decyduje kiedy i za jaką stawkę będzie pracował.
Sprawdź jakie to proste!