Rozpadające się komputery, zagrzybione ściany, braki sprzętu medycznego. To codzienność w polskich szpitalach. Do tego system, który od lekarza wymaga kompetencji księgowego, notariusza a dopiero na końcu medyka. I w końcu marne stawki, zbyt wiele godzin na słabo płatnych dyżurach, brak czasu dla pacjenta, o rodzinie i bliskich nie mówiąc. To dlatego polski system opieki zdrowotnej rodzi frustracje lekarzy, a część z nich mimo chęci niesienia pomocy pacjentom, czuje się wypalona. O tym jak to jest codziennie uderzać głową w mur, rozmawiamy z Patrycją, internistą i reumatologiem z centralnej Polski.

- Największą dumę czuje się na studiach. Że zdałam ciężkie egzaminy, że się dostałam, że będę lekarzem. Potem z każdym kolejnym rokiem smutna rzeczywistość weryfikuje młodzieńcze wyobrażenia. Duma stopniowo zmienia się we frustrację, a ta często prowadzi do wypalenia zawodowego – opowiada Patrycja, lekarz chorób wewnętrznych, reumatolog pracująca w jednym z większych szpitali w województwie mazowieckim. Jak twierdzi nasza rozmówczyni, nie chodzi już nawet o kwestie finansowe, bo do konkretnego poziomu życia można się po prostu przyzwyczaić. - Główny powód to ogromny dysonans między nakładem chęci i zaangażowania które wkłada się w tę pracę, a tym co się osiąga, a raczej z czym się walczy na co dzień. Nawet jeśli mam pomysł na „coś nowego”, chcę wyjść poza określony schemat lub po prostu zrobić „coś więcej” zderzam się z rzeczywistością, w której nie mogę zmienić systemu albo np. organizacji czasu pracy i wszystko zostaje „po staremu” – dodaje.


Często mam wrażenie, że nikomu nie zależy na tym, aby pacjent był zadowolony.

 

Patrycja przeszła w swoim życiu zawodowym przez wiele etapów. Z jednej strony chciała być internistą, z drugiej doskonale wiedziała, że w Polsce ta specjalizacja jest traktowana po macoszemu, a lekarz chorób wewnętrznych jest „od wszystkiego i od niczego”. Postanowiła więc zrobić drugą specjalizację z reumatologii. Na swoim koncie ma wiele lat pracy ponad siły i jak większość polskich lekarzy w kilku miejscach naraz. Jej rekord to dyżurowanie 72 godziny non stop. - Gdy jesteś młodym lekarzem na specjalizacji lub tuż po, masz niewiele do powiedzenia, nikt się z tobą nie liczy. Bierzesz mnóstwo dyżurów, często musisz przychodzić także na zastępstwo. Z jednej pracy idziesz prosto do kolejnej – opowiada Patrycja. Co pomaga przetrwać takie momenty? Jak twierdzi nasza rozmówczyni, są mocne, pozytywne aspekty tej pracy, które dają ogromną satysfakcję. - Gdy realnie komuś pomagam lub ratuję życie i widzę potem jaki ten człowiek jest wdzięczny i z jaką energią wraca do zdrowia lub radykalnie zmienia swoje życie, to dosłownie czuję, że żyję i sama dostaję skrzydeł – tłumaczy.

 

To z pewnością pomagało, gdy sama przez kilka lat pracowała w szpitalu i pogotowiu ratunkowym. Paradoksalnie to drugie miejsce często dawało jej wytchnienie i chwilę odpoczynku, której praktycznie nigdy nie miała w szpitalu. - Na pogotowiu zdarzają się noce, gdy masz tylko dwa lub trzy wezwania. Jesteś oczywiście cały czas na tzw. „standby'u”, ale możesz złapać chwilę drzemki. Dyżur na oddziale, gdzie jest 50 łóżek to marne szanse na jakąkolwiek chwilę wolnego. W praktyce wygląda to tak, że dosłownie nie wiadomo w co ręce włożyć, zwłaszcza że często trafiają się skomplikowane przypadki – tłumaczy.  Zapytana o najtrudniejszy moment w pracy, bez chwili zastanowienia opowiada historię dwudziestoletniego pacjenta z białaczką, który był u niej na oddziale. Mimo, że od tamtych wydarzeń minęło kilka lat, głos Patrycji się załamuje, a lekarka jest poruszona:


- Nigdy nie zapomnę tego dyżuru. Całą noc siedziałam z moim pacjentem. Miał ostrą białaczkę, bardzo cierpiał i był w pełni świadomy tego, co się z nim dzieje. Leki nie działały, nie mogłam mu w żaden sposób pomóc. Czuwałam przy jego łóżku w oczekiwaniu na transport do Warszawy. Po przewiezieniu chłopak niestety zmarł... 

 

Praca ponad siły, niezliczone dyżury i problemy ze szpitalną rzeczywistością doprowadziły do wypalenia zawodowego, które Patrycja mocno odczuła w tym roku. Jak twierdzi, przychodzi taki moment w życiu lekarza, gdy ma po prostu dość. Śmieje się, że i tak długo wytrzymała, bo większość jej koleżanek przeżywała ten moment kilka lat temu. - Moje życie zawodowe wygląda teraz nieco inaczej, bo mam małe dziecko. Pracuję więc głównie w przychodni, ale nawet tam stykam się z tymi samymi problemami, co w szpitalu – mówi Patrycja. Pacjentów jest bardzo dużo i praktycznie codziennie lekarka zostaje po godzinach, bo najzwyczajniej nie nadąża z przyjęciem wszystkich. Do badania pacjenta, rozmowy, diagnozy i wyjaśnienia trybu leczenia musi praktycznie za każdym razem dodawać czas na walkę z niedziałającym, przestarzałym komputerem, zacinającą się drukarką etc. - Wizyta wydłuża się np. do 45 minut, z czego połowę tego czasu poświęcam na kwestie informatyczne wiedząc, że będę musiała znowu zostać po godzinach – opowiada. Do frustracji „sprzętowej” dochodzi ta „systemowa”, gdy np. niezbędne do rozpoczęcia leczenia badania pacjent może wykonać dopiero za rok, bo takie są terminy zapisów.

 

W tej chwili Patrycji dochodzi jeszcze stres, co będzie dalej. Zgodnie z przepisami, lekarka nie pracuje na dyżurach i w weekendy, dopóki jej córka nie skończy czterech lat, czyli jeszcze tylko w tym roku. Mimo nadgodzin, które prawie codziennie zatrzymują ją w przychodni, w tej chwili może w miarę zaplanować swój czas pracy i życie osobiste. Niestety, wiedząc, jak wygląda praca dyżurowa, już teraz martwi się, czy uda jej się w przyszłości pogodzić czas poświęcany rodzinie z nadgodzinami i niezaplanowanymi dyżurami...